Lipiec 1977 roku. Jezioro Ryńskie, okolice Ptasiej Wyspy. Dziesięcioletni chłopiec płynie z rodzicami starym, drewnianym jachtem klasy Rambler. Za każdym razem, kiedy łódka trochę się przechyla, on bardzo się boi. Rok wcześniej omal nie utonął, gdy wpadł do wody pod rower wodny i podczas próby wypłynięcia uderzył głową w masywne pływaki. Przez to teraz boi się tak, że strach niemal go paraliżuje. Nienawidzi tego rejsu.

Sierpień 1995 roku. Jezioro Niegocin, ośrodek AZS Wilkasy. Dwudziestoparoletni młodzieniec wpada z głośnym pluskiem do basenu portowego wrzucony tam przez grupę kumpli i przyjaciół. Właśnie zdał egzamin na stopień instruktora żeglarstwa Polskiego Związku Żeglarskiego. Jest dumny… cholernie dumny i szczęśliwy.

Kwiecień 2015 roku. Morze Śródziemne, na południu majaczy w blasku wschodzącego słońca zarys Krety. Nie zapomnę tego widoku już nigdy, choć to nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz kiedy widzę tą piękną wyspę od strony morza… Cóż, nawet nie spróbuję opisać wszystkich uczuć, które we mnie wtedy pulsowały. Są emocje, których nie da się opisać słowami. Tak, tak, tym chłopcem i świeżo upieczonym instruktorem również byłem ja. Żeglarstwo to moja pasja.

Navigare necesse est, vivere non est necesse (żeglowanie jest koniecznością, życie nią nie jest) – te słynne słowa Pompejusza wypowiedziane przed wiekami stały się niejako motto dla całych pokoleń żeglarzy. Dla tych, którzy nie potrafią żyć bez wody, bez żeglowania. Mimo że życie zrobiło wiele, żebym od wody trzymał się z daleka – omal nie utonąłem będąc dzieckiem – to nie mogę bez niej żyć.

Pływam od bardzo wielu lat, właściwie wszędzie gdzie się da. Kocham Mazury; to tam zbierałem pierwsze doświadczenia, tam zdobywałem kolejne stopnie żeglarskie, tam wracam co roku choćby na parę dni.

…przypomniało mi się jak się zaczęła moja samodzielna przygoda z żeglarstwem. Właśnie na Mazurach. Był lipiec 1985 roku. Do Wilkas na obóz dojechałem PKSem od strony Giżycka. Żeby dojść do wspomnianego już ośrodka AZS trzeba zejść, już nad samym Niegocinem, z takiej sporej górki. Pięknie z niej widać jezioro i port. No więc już z góry zobaczyłem siedzących na nabrzeżu. Kilka osób robiła coś z porozkładanymi żaglami. Spytałem tego, który wyglądał najpoważniej, czy nie wie gdzie mam się zgłosić na obóz żeglarski. Odpowiedział, że dobrze trafiłem; kazał rzucić tobołki i usiąść obok, wręczył mi potężną igłę z juzingiem (to taka gruba nitka żeglarska) i pokazał co i jak szyć. Okazało się, że to był KWŻ, czyli Komendant Wyszkolenia Żeglarskiego całego obozu – sam boss. Też siedział i szył.

W tamtych latach podróż na Mazury trwała pociągiem całą noc (najczęściej na korytarzu w dziwnej pozycji), a potem jeszcze czekało się na autobus kolejne godziny… No cóż, nie ma to jak All Inclusive… i zakrwawione dziury w palcach na ukojenie po 15-to godzinnej podróży :).

Jeśli wtedy nie uciekłem, to widać tak miało być i już. Wiecie kiedy jeszcze nie uciekłem? Całkiem niedawno, kilka lat temu, wypłynąłem w całodniowy rejs z Santorini do Iraklionu. Morze było baaardzo rozbujane po 2 dobach sztormu, a ja po niezłej imprezie… Efekt? 9 godzin skręcania się w chorobie morskiej, miałem wrażenie, że wszystkie wnętrzności mam już na wierzchu! Pierwszym zdaniem jakie wypowiedziałem po zejściu na ląd było – „Chcę do mamy, gdzie tu jest najbliższy przystanek PKS?!“ Hahaha! Następnego dnia nie mogłem się doczekać kiedy oddamy cumy.

Mazury opływałem latami. Potem przyszedł czas na morze. Bałtyk, Śródziemne, w końcu również ocean Atlantycki. Na morzu jest zupełnie inne pływanie, jakby przeskalowane względem śródlądzia. Nie ma porównania i nie ma sensu go w ogóle szukać. Dlatego od kiedy “odkryłem” również morze, muszę znajdować każdego roku czas, żeby popływać i tu i tam.

Żeglowałem z przyjaciółmi i kolegami wielokrotnie, żeglowałem z ludźmi, których widziałem pierwszy (i czasami ostatni) raz w życiu. Na jachcie nie ma znaczenia płeć, wiek, wykształcenie, pozycja, zamożność, to co się robi na lądzie. Nie ma znaczenia nic z tych rzeczy, które w „normalnym” życiu coraz bardziej niestety wpływają na nasze zachowania. Na jachcie mają znaczenie tylko prawdziwe emocje i coś co nazwałbym uczciwością wobec innych, a wcześniej wobec samego siebie. Trzeba być prawdziwym i uczciwym, żeby przeżyć, żeby wracać zawsze z radością w sercu. Nic innego się nie liczy. Nie ma udawania. Nie ma też potrzeby udowadniania tego jacy jesteśmy twardzi i nieomylni. Bzdura. Każdy ma gorsze chwile, każdy popełnia błędy. Liczy się umiejętność przyznania się do tego. Pozbywamy się całego tego “śmieciowego” ładunku naleciałości, którym obudowujemy się podczas całej drogi życiowej i mamy dostęp do tego prawdziwego i jedynego “ja”. Banał? Ja mam inne zdanie. To nie jest banał, to jest wcale niełatwe! Wymaga ciężkiej pracy, a może przede wszystkim odwagi stanięcia twarzą twarz z samym sobą. Takim, jakim się jest naprawdę. Jeśli się wytrzyma to własne spojrzenie, jest się gotowym patrzeć w oczy innym… a potem podnieść wzrok w kierunku horyzontu.

Właśnie, horyzont. Uwielbiam w żeglarstwie tą przestrzeń i wolność. Wzrok może często zatrzymać tylko granica wyobraźni. Wzburzone fale aż po kres widnokręgu, brzask przed wschodem słońca i powoli rysująca się w oddali linia jakiejś wyspy, klucz żurawi niknący gdzieś nad lasem wrześniowym wieczorem, nocne rozgwieżdżone niebo, które w całkowitej ciemności jest po prostu magiczne. Takie chwile wywołują we mnie poczucie szczęścia, radości i siły, ale też pokory; poczucie, że żyję naprawdę i że to życie jest wspaniałe. Dla mnie nie ma nic ważniejszego, nic piękniejszego niż móc tak powiedzieć. Może dlatego właśnie pływam i pływał będę. Navigare necesse est…

Życzliwy recenzent tego tekstu zwrócił mi uwagę, że nie wynika z niego jasno, dlaczego właściwie żeglarstwo stało się, wbrew wielu okolicznościom, moją pasją. I ma rację. Nie wynika. Próbowałem znaleźć konkretną odpowiedź, ulepszyć tę historię, ale nie udało mi się. Nie znalazłem jednej przyczyny. Myślę że pociągnęła mnie do żeglarstwa ta ogromna, kusząca siła czegoś niezwykle prawdziwego; ten ładunek emocji, uczuć, wrażeń, który powoduje, że chce się to przeżywać jeszcze raz. Żeglarstwo, dla mnie, to nie tylko sport, choć również. Żeglarstwo to sposób życia, sposób przeżywania emocji, budowania relacji, to wspaniali ludzie, potęga natury, parę metrów kwadratowych, a wokoło cały świat.

Niedawno jadąc SKM-ką do biura zobaczyłem wyryty odręcznie na starym murze napis – “Z perspektywy drogi mlecznej wszyscy jesteśmy ziarnkami piasku”, czy jakoś podobnie. Myślę sobie, że racja, trafione w punkt. A wiecie jak cudownie wygląda droga mleczna widziana nocą z jachtu na morzu? Każdy powinien to zobaczyć choć jeden raz.


 

Marcin Kiciński – współwłaściciel Future Centre Training Corporation, założyciel i współwłaściciel Papier Hurt Eko Biuro. Absolwent Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie.

Prywatnie super-tata trójki swoich dzieci, no i zapalony żeglarz; Jachtowy Sternik Morski i Instruktor Żeglarstwa PZŻ.